BUW   UW
Katalog online bibliotek UW | Zapisy | Cyfrowe katalogi kartkowe BUW | E-zbiory | e-bUW - Biblioteka cyfrowa UW
 
Uniwersytet Warszawski | Repozytorium UW | NUKAT | Kontakty | Mapa serwisu
 
English | Dojazd
Start arrow .
Start
Godziny otwarcia
Informacje praktyczne
E-zbiory
Regulaminy
O Bibliotece
Katalogi
Usługi
Zbiory specjalne
Biblioteki UW
 
Wspomnienia Ewy Bagieńskiej Drukuj
 

 

Ewa Bagieńska

 

Wychowana w Biurze Katalogowym, czyli:
Jak się katalogowało książki w starym BUW

 

            Regularna lektura wspomnień kolegi Marka Michalskiego[1] uświadomiła mi, jak ulotne są zjawiska, które dla wielu z nas były codziennością. Jak wiele spraw i procedur w naszej Bibliotece działało na zasadzie tradycji ustnej przekazywanej z pokolenia na pokolenie przy „warsztacie".  Sprowokowało mnie to do podjęcia próby opisania procesu opracowania książek w wersji tradycyjnej bez użycia techniki komputerowej. Wśród osób obecnie pracujących w Oddziale Opracowania Zbiorów jest zaledwie kilka, które potrafią odtworzyć metodykę pracy i różne niuanse związane z  katalogowaniem książek w BUW, więc moment to być może ostatni.

            Do Biblioteki Uniwersyteckiej trafiłam we wrześniu 1977 r. trochę przez przypadek. W szkołach była „blokada etatów", nie mogłam więc zostać nauczycielem historii. Właśnie wtedy ministerstwo niespodzianie pozwoliło uruchomić w bibliotece 30 nowych stanowisk pracy. Dyrektorem BUW był wówczas prof. Jan Baculewski, a moim bezpośrednim zwierzchnikiem i osobą, która przyjmowała mnie do pracy, była wicedyrektor pani Anna Romańska. Rozpoczynałam „karierę" oczekując, tuż za jej gabinetem, w Oddziale Prac Naukowych (drugie piętro Pałacu Potockich, na tyłach gabinetu wicedyrektora) na skierowanie do któregoś z oddziałów. Przez dwa tygodnie po osiem godzin dziennie miałam czytać historię BUW. Dostałam biurko w pokoju, w którym pracowały już dwie panie. Obie właśnie skończyły kurs medytacji transcendentalnej, więc medytowały dwa razy dziennie po 20 minut; ofiarnie pilnowałam, aby nikt im nie przeszkadzał.

            Po dwóch tygodniach zostałam skierowana do Oddziału Opracowania Druków Zwartych Nowych - tak się wtedy nazywało książki. Trafiłam pod skrzydła pani Barbary Litwiniukowej. Kontrast był olbrzymi, przeskok z zacisznych kątków pałacowych na „taśmę produkcyjną" drogi książki. Oddział powszechnie określano nazwą Biura Katalogowego, w naszym mniemaniu brzmiało to dumnie i obrazowało wielość prac, które tu wykonywano.

Katalogowaniem książek zajmowało się zwykle osiem osób, dwie robiły wyłącznie korektę, dwie inwentaryzowały, jedna zajmowała się melioracjami czyli porządkowaniem katalogów i jedna opracowaniem technicznym.               

 Mieściliśmy się na  drugim  piętrze, po stronie południowo-zachodniej. Należały do nas całe dwa pokoje, w mniejszym -  z widokiem na dziedziniec -  pracowało kierownictwo zajmujące się korektą, w większym wszystkie pozostałe osoby. Przypominało to trochę szkolną klasę, po dwa biurka w rządku, wokół regały z bibliografiami, pośrodku i po bokach szafy z inwentarzami. Warunki nie należały do najłatwiejszych, 12 osób w jednym pomieszczeniu, w tym większość pisząca na maszynie, pani Sabinka Jaroszewska regularnie wystukująca sygnatury numeratorem i stawiająca pieczątki, a do tego telefon. Czasy były takie, że posiadanie telefonu było nie lada przywilejem, czekało się na przydział średnio około 10 lat, toteż ten działowy pełnił niezwykle ważną rolę zawodową i społeczną. Dzwonił często i był  - oprócz maszyn, stempli, rozmów  - stałym elementem słyszanym w pokoju (wiele z nas praktykowało wychowanie dzieci przez telefon).

            Codziennie rano goniec, jeszcze przed pojawieniem się pracowników, przywoził do Oddziału książki. Akcesja[2] mieściła się w Pałacu Potockich, miał więc do przejechania wózkiem pełnym książek spory dystans, plus legendarna winda w Magazynie. Każda z proweniencji[3] miała własny zeszyt przekazowy, w którym po starannym przeliczeniu kwitowano odbiór paczek. Biuro Katalogowe w  swoim dużym zeszycie z rubrykami przeznaczonymi na wszystkie typy proweniencji  odnotowywało wpływ. Książki ustawiane były na regałach w pokoju kierownictwa. Pani Barbara Litwiniukowa robiła ich przegląd i przydzielała każdej osobie katalogującej codzienną porcję, dobraną indywidualnie (przeciętnie 15-20 sztuk). Zapisywane to było w drugim dużym zeszycie. Każdy miał tam własną rubryczkę, wiadomo było, ile kto książek zabrał do opracowania i w jakich „kategoriach sprawozdawczych" (skatalogowane, wtórne, dublety, zbędne) zwrócił. Liczenie nie było łatwe, ponieważ uwzględniało się dzieła i woluminy (np. powieść Krzyżacy to najczęściej 1 dzieło w 2 lub 3 woluminach, a Encyklopedia Powszechna PWN - 1 w 17 woluminach). Co miesiąc trzeba było wypełnić skomplikowane rubryczki sprawozdania własnego i co gorsza musiało się to zgadzać z dużym zeszytem kierownictwa.

             Pracę zaczynało się od sprawdzenia pozycji w katalogu głównym. Katalog zaczynał i kończył się w pokoju przechodnim, sąsiadującym z klatką schodową i prowadzącym do Magazynu. Otaczał całą galerię pod świetlikiem na drugim piętrze budynku. Skrzynki katalogowe były drewniane, skręcane metalowym prętem. Aby sprawdzić całą 20-książkową porcję, trzeba było się trochę nabiegać. Z góry widać było salę Czytelni Głównej i kolegów dyżurujących przy wejściu. Czasem spadała nam jakaś karta lub długopis i zdziwiony wzrok siedzących przy stołach czytelników kierował się w naszą stronę. Po sąsiedzku znajdowały się Oddział Katalogów i Oddział Opracowania Wydawnictw Ciągłych. Wszyscy często mijaliśmy się na galerii. Pan Edward Stańczak, kierownik tego drugiego oddziału, wędrował codziennie na przerwę papierosową „okadzając katalog". Było to też miejsce spotkań z czytelnikami, którzy nie zawsze radzili sobie z poszukiwaniami.

            Wyprawa z książkami miała na celu ustalenie, czy mamy już identyczną książkę, jeżeli nie, to czy jej autor jest reprezentowany w zbiorach i jaka jest forma jego nazwy.

Kolejny egzemplarz - zwany „wtórnym" - opracowywało się dobijając nową sygnaturę do istniejącej już karty katalogowej. Aby wyjąć kartę z katalogu, a nie pozbawiać czytelnika informacji,  należało wstawić na okres manipulacji technicznych kartę zastępczą, na której bibliotekarz wypisywał ręcznie podstawowe dane identyfikujące pozycję. Dobicia sygnatury wymagały też karty odsyłaczowe. Fakt ich istnienia był kodowany na karcie głównej za pomocą podkreślenia pierwszej litery nazwiska osoby, dla której był sporządzany. Książka wtórna z kompletem kart z katalogu głównego wędrowała do inwentarza, a następnie do opracowania technicznego. Nie praktykowano łączenia różnych sygnatur dzieł wielotomowych. Każdy ciąg zawsze miał własną kartę główną, aby zagubienie lub brak któregoś z tomów były wyraźnie widoczne. Procedura dopisania kolejnego tomu do istniejącego już wydawnictwa też wymagała pozostawienia karty zastępczej w katalogu. Książki wielotomowe często katalogowane były na specjalnie przeznaczonych do tego kartach z nadrukowanymi rubrykami. Informacje bibliograficzne wpisywało się na nich atramentem (długopisy, których tusze łatwo ulegały blaknięciu były zakazane). Wyjątek stanowiły tzw. continuanda[4]. Takie niepełne tomy czekały na skompletowanie w dwóch specjalnie na ten cel przeznaczonych szafach stojących na  ósmym piętrze Magazynu pomiędzy umywalką a windą. Tymczasowy opis na karcie robiło się ołówkiem i poprawiało po wpłynięciu kolejnego numeru. Podobnie postępowano z aktualizacjami[5], kartki w skoroszytach wymieniali pracownicy Oddziału, natomiast na karcie katalogowej ołówkiem nanoszono bieżący numer i datę wersji.

            Nowości należało skatalogować. Katalogowaliśmy według instrukcji Borkowskiej i Grycza[6]. Podstawową sprawą, tak jak i dziś, było ustalenie hasła głównego i formy nazwy autora, aby w katalogu zbierać jego dzieła tylko w jednym miejscu. Kartę główną wypisywało się na maszynie, hasło wersalikami pośrodku, poniżej elementy opisu według obowiązującej instrukcji. Na maszynie tworzyło się też wszystkie potrzebne odsyłacze. Autor opisu bibliograficznego podpisywał się na odwrocie karty w prawym dolnym rogu.

            Przygotowany opis wraz z książką „szedł" do korekty. Praca wydawałaby się prosta: autor, tytuł, miejsce i rok wydania, liczba stron. Wszyscy bardzo się starali, efekty były jednak żałosne. Pani Barbara Litwiniukowa zwracała nam cały „urobek" do poprawy. Usterki były rozmaitego kalibru, od generalnych, typu zły dobór hasła, po estetyczne: brzydko napisane, czy źle przeniesiony wyraz. Procedura się powtarzała, za drugim razem wracała do katalogującego już tylko połowa książek i tak w zależności od indywidualnych zdolności aż do skutku. Poprawianie kart było trudne, ponieważ nie wolno było stosować korektora. Pozostawało mistrzowskie skrobanie żyletką, aby nie przebić się na drugą stronę kartonu i jeszcze trafienie czcionką maszynową we właściwe miejsce. Przepisanie karty na nowym arkuszu było ostatecznością - oszczędzaliśmy papier. Drugim korektorem była pani Władzia Kostrzewa, jej uwagi były mniej rygorystyczne, a nawet czasem poprawiała za nas. Kartę uznaną za poprawną korektor podpisywał w prawym dolnym rogu. W Biurze trwały czasem gorące dyskusje na temat usytuowania kropki czy jakiegoś innego pozornie nieistotnego elementu opisu. Dla osoby postronnej brzmiało to śmiesznie, ale miało konsekwencje wpływające na szeregowanie kart w katalogu, dawało właściwe ich ułożenie i w rezultacie wpływało na efektywność wyszukiwania. W zbiorze liczącym ponad 2 miliony kart głównych, nie licząc odsyłaczy, miało to  istotne znaczenie.

            Komplet kart do książki zawsze należało włożyć przy stronie tytułowej, to ułatwiało pracę wszystkim kolejnym osobom pracującym na „taśmie".

            Następny etap - inwentaryzacja zaczynała się od ustawienia książek według „wzrostu", było to ważne ze względu na ciasnotę panującą w Magazynie i konieczność maksymalnego wykorzystania miejsca. Inwentarze w BUW prowadzone były, tak jak i obecnie, według formatów z podziałem na książki i broszury. Dodatkową specyfiką stosowaną chyba tylko w naszej Bibliotece były osobne inwentarze dla wydawnictw seryjnych.

Decyzja o założeniu serii była zawsze bardzo staranie przemyślana, ponieważ wiązała się z utrudnieniami w pracy, dawała jednak czytelnikom możliwość wyszukiwania przez tytuł ciągu, a bibliotece oszczędność sygnatury i miejsca w inwentarzu.  W Biurze Katalogowym były dwie podręczne kartoteczki: jedna przeznaczona na serie zakładane (miała charakter tymczasowy do momentu zaistnienia opisu w katalogu) i druga - na niezakładane. Dodatkowo w celu ułatwienia pracy istniał zestaw stałych kart zastępczych dla serii używanych przy dopisywaniu kolejnego tomu do karty zbiorczej. Na karcie seryjnej wpisywało się ręcznie, atramentem, druczkiem bibliotekarskim, hasło główne książki, tytuł oraz rok wydania; podkreślenie hasła oznaczało, że pod nim jest karta główna dla dzieła. W inwentarzu pod zbiorczą sygnaturą ciągu, rozpoczynającą się od litery „S" lub cyfry „0", dopisywało się tylko kolejny numer, proweniencję i cenę. Wspólną sygnaturę miały też wydawnictwa wielotomowe.

Księgi inwentarzowe w BUW były przygotowywane w Oddziale. Z introligatorni dostawaliśmy arkusze papieru z nadrukowanymi rubrykami. Naszym zadaniem było umieszczenie na nich kolejnych sygnatur. Procedura była uciążliwa dla wszystkich. Zwykle pracownik zajmujący się melioracjami i wspomagający opracowanie techniczne zasiadał na okres tygodnia z numeratorem i monotonnie wystukiwał po 5000 sygnatur w każdej z przygotowywanych ksiąg. Gotowe arkusze introligatornia oprawiała, przesznurowywała i tak jak dziś były noszone do władz uczelnianych po lakową pieczęć i podpis pełnomocnika rektora. Każda księga jest też zawsze podpisywana przez dyrektora Biblioteki.

Pozycje do inwentarza wpisywało się ręcznie, atramentem na podstawie książki i karty katalogowej. Sygnatury numerus currens były nadawane dziełom. Osoba inwentaryzująca  wpisywała sygnaturę ołówkiem na stronie tytułowej książki. Wszystko, co zrobiła, notowała we własnym zeszycie sprawozdawczym, w którym spisywała też wartość książek wprowadzonych do zbiorów.

Tak przygotowana książka trafiała do opracowania technicznego. Przez ponad 40 lat zajmowała się tym z pasją, poświęceniem i precyzją, w tym miejscu niezwykle ważną, pani Sabina Jaroszewska. Była osobą cichą i skromną, ale zarazem potrafiącą wymuszać na wszystkich współpracownikach odpowiednie tempo pracy i sposób podawania przygotowanej książki. Za punkt honoru uważała „dorobić do setuchny", czyli opracować co najmniej 100 woluminów dziennie. Wszystko wtedy było klejone za pomocą pędzelka płynną gumą arabską[7] i nie lada umiejętnością było zrobić to czysto i sprawnie. Ona też wymagała, aby wszystkie karty włożone były na właściwe miejsce, w odpowiedniej kolejności, identyczne książki czy tomy dzieła, zgodnie z wieloletnią tradycją, powiązane sznurkiem.

Pani Sabinka, jak ją wszyscy nazywali, miała poza pracą jedną namiętność - dobre jedzenie. W czasach PRL nie było to hobby łatwe, ale ona w poszukiwaniu smaków i bezkartkowych okazji przemierzała całą Warszawę i zawsze mogła się pochwalić jakimś sukcesem.

W latach osiemdziesiątych, gdy system dystrybucji towarów na kartki osiągnął apogeum,  cały Oddział wędrował codziennie do pracowniczej stołówki, po 1/10 kostki masła - bez kartki, czasem trafiały się inne skarby, jak np. wędzone kości schabowe. Wieść o dostawie roznosiła się lotem błyskawicy, stanowiska pracy pustoszały i wszyscy stali we wspólnej kolejce. Podobny zryw następował po telefonie ze sklepu papierniczego na Akademii Sztuk Pięknych, tam pojawiał się inny znamienity rarytas PRL - papier toaletowy. Trzeba się było spieszyć, bo towar znikał po kilkunastu minutach, mimo że sprzedaż ograniczano do 10 rolek na osobę.

            Wracając do opracowania technicznego, na tym stanowisku książka otrzymywała pieczęcie własnościowe, sygnaturę wybitą numeratorem na stronie redakcyjnej, nalepkę z logo biblioteki na okładce i numeratorowe sygnatury na wszystkich kartach katalogowych. Sygnatury tak przygotowanych książek spisywane były w zeszycie przekazowym i przewożone do Oddziału Opracowania  Rzeczowego.

            Opracowywano rzeczowo, czyli tematowano wszystkie książki  oprócz literatury pięknej. W Oddziale była kartoteka zawierająca słownik haseł przedmiotowych BUW. Tematy wpisywano zieloną kredką na dole głównej karty katalogowej.

Po tym etapie opracowania rozchodziła się droga książki wędrującej do Magazynu i kart katalogowych, które trafiały do Oddziału Katalogów.

            Dziś część zadań dawnego oddziału pełni Sekcja  Inwentarzy i Katalogów Kartkowych Oddziału Opracowania Zbiorów. Kiedyś było to miejsce „zarządzania" kartami katalogowymi, uzupełniania katalogów i melioracji. W BUW oprócz katalogu głównego i katalogu przedmiotowego prowadzone były: katalog publiczny (w holu gmachu głównego), katalog bibliotek zakładowych (początkowo w holu Pałacu Potockich, potem na parterze gmachu głównego), katalog księgozbioru dydaktycznego (przy księgozbiorze i duplikat w katalogu publicznym). Oddział Katalogów zajmował się powielaniem kart katalogowych, tak aby zaspokoić różne potrzeby wszystkich katalogów. To, czy karta będzie przepisywana do selektywnie uzupełnianego katalogu publicznego czy nie, zaznaczało się  za pomocą kółka na karcie głównej. Liczba tematów wskazywała, jakie są potrzeby katalogu przedmiotowego. Biuro katalogowało książki, a Oddział Katalogów powielał karty również dla Księgozbioru Dydaktycznego, który początkowo był małą biblioteczką w dużej bibliotece i budował swój katalog sam.

Szczytem osiągnięć technicznych były maszyny do pisania z „pamięcią", a potem robotrony. Pozwalało to  powielić przepisany tekst dowolną  liczbę razy. Panie maszynistki: Alina Gromadkowa, Jadwiga Janowska i Teresa Wodzicka-Dubiel  pracowały w pokoiku mieszczącym się w oficynie Pałacu Potockich. Gotowe karty porównywano z prototypami, ponieważ na tym etapie  też zdarzały się błędy, czasem brzmiące humorystycznie (np. "mały słoniczek polsko-niemiecki"). Po skomputeryzowaniu procesu katalogowania, karty katalogowe przepisywano ze specjalnego wydruku, uzyskiwanego na podstawie ekranu opisu katalogowego. Pani Małgosia Janiszewska - kierownik Oddziału Katalogów - dostosowywała opis komputerowy robiony według nowych zasad do tego, co obowiązywało w katalogu głównym BUW.

            Karty były codziennie włączane do katalogu. Przed otwarciem Biblioteki dla czytelników, wokół galerii,  na ladach stały  skrzynki z włożonymi kartami. Prawidłowość włączenia sprawdzał kierownik Oddziału Katalogów i zezwalał na ostateczne skręcenie szufladki i odstawienie jej na miejsce. Błąd na tym etapie pracy eliminował książkę z oczu czytelnika.

            Co katalogowaliśmy? Najwięcej książek, tak jak i dziś, przychodziło jako egzemplarz obowiązkowy od wydawców. Dzięki temu w Biurze mieliśmy szansę zobaczenia tego, co ukazało się na rynku księgarskim. W tamtych czasach ciekawa książka była również artykułem deficytowym sprzedawanym spod lady. My mieliśmy okazję prawie wszystko zobaczyć, ewentualnie włożyć rewers i być jej pierwszym czytelnikiem. Sporo książek, podobnie jak dziś, pochodziło z darów, wymiany krajowej, zagranicznej, a także kupna. Niezwykle ciekawe były te polskie, wydawane na Zachodzie. Czytelnikowi dostęp do nich utrudniano, ponieważ były automatycznie wstawiane do „Cymeliów" czasem nawet, co groźniejsze politycznie, do „Cymeliów S". W Biurze zawsze były przechowywane w pokoju kierowniczym, ale zanim trafiły do Magazynu wszyscy zainteresowani mieli okazję podczytywać. Pamiętam, ile emocji przeżywaliśmy kartkując np. wspomnienia Aleksandra Wata[8], czy relację z zesłania do Kazachstanu pani Magdaleny Dubanowiczowej[9]. W oficjalnej historiografii takie fakty nie istniały. Możliwość sięgnięcia po zakazaną literaturę dawała poczucie odrobiny wolności w socjalistycznej codzienności.

Biblioteka miała też sporo nieopracowanych zbiorów rozmaitego pochodzenia. Najwięcej z nich to dary, które trafiły tu zaraz po wojnie. Było ich bardzo dużo, więc metodą pospolitego ruszenia zostały prowizorycznie skatalogowane. Katalożek znajdował  się na drugim, wyższym półpiętrze głównej klatki schodowej. Wszystkie miały tymczasową sygnaturę rozpoczynającą się literą „P" - przybytki. Zajmowały początkowo strych, a potem całą piwnicę pod gmachem Wydziału Prawa i Administracji. Wizyta w tym prowizorycznym magazynie groziła śmiercią lub kalectwem, bowiem załadowane ciasno regały sięgały pod sufit i miały tendencję do przewracania lub zginania się pod ciężarem. Bywało, że po większych ulewach dostawała się tam woda. Czytelnicy mogli te książki zamawiać, ale na odbiór musieli czekać do następnego dnia. Kolekcja była stopniowo włączana do zbiorów głównych. W pierwszym etapie wybrano, poselekcjonowano i skatalogowano wszystkie książki polskie i polonika. W kolejnym zostały sczytane karty z prowizorycznego katalogu z katalogiem głównym i w ten sposób udało się oddzielić i wycofać dublety. Reszta wymagała zastosowania normalnej procedury poszerzonej o element decyzji czy włączyć je do zbiorów. Proces ten prowadzony był przez wiele lat metodą tradycyjną. Komputeryzacja opracowania i związane z nią obciążenia spowodowały, że książki z „P" katalogowała „po staremu" wyłącznie  pani Małgorzata Janiszewska. Jednak decyzja dyrektora Henryka Hollendra, że muszą być traktowane tak, jak wszystkie pozostałe książki i należy je katalogować w systemie zautomatyzowanym, zahamowała pracę. Dużą część zbiorów nieopracowanych przechowywano na stropie gmachu głównego. Jednym z większych był księgozbiór Szkoły Głównej Służby Zagranicznej - SGSZ. Książki ze stropu do opracowania wybieraliśmy i przywoziliśmy sobie sami. Trzeba było zakładać służbowy fartuszek, bo warunki pracy, ze względu na możliwość ubrudzenia się, przypominały te występujące w kopalniach. Było tam latem bardzo gorąco, a zimą zimno.

            Moje pierwsze zawodowe zadanie związane było właśnie z tą kolekcją. Jako początkujący bibliotekarz, podobnie jak w warsztacie rzemieślniczym, byłam zatrudniana do prac nie wymagających wprawdzie wielkich umiejętności, ale  użytecznych[10]. To polegało na poukładaniu alfabetycznie kart z byłego klamrowego katalogu rzeczowego biblioteki Szkoły Głównej Służby Zagranicznej. W Biurze zawsze starano się, aby nic się nie marnowało (były np. do dyspozycji przedłużacze do ołówków); idea była taka, aby wykorzystać stary opis, trochę go dostosować do potrzeb katalogu BUW i przekazać Oddziałowi Katalogów do powielenia karty. Zajęło mi to tydzień, poukładane litery widziałam wszędzie i na jawie, i we śnie, nabierałam wątpliwości co do ich kolejności w alfabecie. Z czasem jednak okazało się, że różnice w opisie są na tyle istotne, że nieopłacalne jest poprawianie i powielanie starych kart. Wszystko „alfabetycznie" zostało przekazane na makulaturę.

            Na stropie znajdowały się też broszury z przedwojennego egzemplarza obowiązkowego, księgozbiór z Synodu Ewangelicko-Reformowanego i inne pomniejsze kolekcje oraz zbiory z Kamiennej Góry[11]. Praca przy tych książkach  była trudniejsza od katalogowania wpływu bieżącego, wymagała wielu poszukiwań bibliograficznych, ale była bardzo ciekawa. Nie bez znaczenia była też korekta pani Litwiniukowej, której opowieści przy tej okazji niejednokrotnie ożywiały postać autora lub pozwalały na odkrycie szczególnych walorów katalogowanego dzieła.

Zespół Biura Katalogowego tworzyły osoby o różnorodnym wykształceniu i  specjalnościach. Tradycyjnie najmniej było bibliotekoznawców. Przeważały polonistki i historycy, choć trafiali się też pedagodzy, archeolodzy, prawnik, a przez wiele lat pracowała u nas dr geografii[12]. Oddział był sfeminizowany, toteż ciągle któraś z nas zaczynała lub kończyła urlop macierzyński lub wychowawczy. W pokoju wisiał antynikotynowy plakacik z hasłem: „nie pal, tu rośnie dziecko". Ja rozpoczęłam urlop macierzyński w maju 1980 r. i w ten sposób ominęły mnie wydarzenia związane z powstaniem „Solidarności". Długi urlop wychowawczy spowodował, że nie jestem osobą, która potrafiłaby opisać działania związane z przechowywaniem, katalogowaniem i dystrybucją wydawnictw drugoobiegowych.

Panowie w Oddziale Opracowania, tak jak i dziś, należeli do mniejszości. Pierwszym, którego pamiętam, był Andrzej Barczewski, archeolog śródziemnomorski przeniesiony tu z Magazynu za nieparlamentarne dopiski na rewersach, na których zamawiano dzieła klasyków marksizmu-leninizmu. Drugim był znany dziś mecenas Antoni Łepkowski, trzecim opozycjonista Antoni Zambrowski, który dumnie wspominał swoje więzienne doświadczenia. Aresztowano go za  udział w akcji sierpniowego  bojkotu sklepów monopolowych. Wreszcie przez Oddział przewinęli się  panowie Wojtek Olszewski i Piotr Walasek . Pierwsze kroki stawiał też zastępując panią Sabinę Jaroszewską pan Zygmunt Dziurla. Ze starego Oddziału Katalogów[13] pozostali do dziś w Oddziale Opracowania Zbiorów panowie Janusz Kasprowicz i Tomek Leksiński.

Budynek Biblioteki miał taką konstrukcję, że prawie wszyscy pracownicy się znali. Główny ciąg komunikacyjny „dla pracowników" przebiegał obok Wypożyczalni, przez Kuponotekę, Magazyn na drugie piętro. Tam spotykały się różne oddziały związane z opracowaniem, katalogami i informacją.

Tam też spotykaliśmy się z czytelnikami. Ci ostatni byli naszymi częstymi gośćmi. Każdy, kto chciał złożyć rewers, żeby sprowadzić książkę z zagranicy, musiał potwierdzić jej opis w bibliografii, czasem nawet podać sygnaturę z katalogu Biblioteki Kongresu czy British Library. Wizyty czytelników niezadowolonych z efektów naszej pracy lub postulujących poprawki w układzie katalogu też nie należały do rzadkości. Do uwag podchodziliśmy poważnie  i niejednokrotnie poprawialiśmy katalog, formę nazwy autora itp. Trafiały się także postacie groteskowe. Stałym gościem bywał pan profesor, który życzył sobie, aby dodać do katalogu odsyłacz z jego nazwiskiem niezależnie od tego jaka była jego „zasługa". Na wszelkie próby perswazji i zasłaniania się przepisami katalogowania był głuchy, więc aby uniknąć awantur produkowaliśmy oczekiwane odsyłacze. Gościliśmy też  często zaniepokojonego pojawieniem się karty zastępczej,  zniecierpliwionego oczekiwaniem czytelnika - autora nieskończonej ilości wierszy. Pan Władysław Malinowski[14] sam pisał, powielał i czytał swoje utwory. 

Ważnym miejscem Biblioteki była tzw. „górka", pomieszczenie usytuowane powyżej drugiego piętra, do którego wchodziło się po wąskich schodach. Tam oprócz kartotek książek zagubionych i przesygnowanych[15] mieściła się palarnia i kwitło życie towarzyskie. Po kilku stopniach można też było wdrapać się jeszcze wyżej, na poziom świetlika i oglądać plecy rzeźby wieńczącej gmach Biblioteki.

Większość z nas uczyła się zawodu od starszych koleżanek. Technika pracy była elementem trwałym i dość stabilnym. Można było wrócić po 3-letnim urlopie wychowawczym i zabrać się do pracy jakby żadnej przerwy nie było. Postęp techniczny polegał na zastąpieniu atramentu i stalówki z obsadką piórem wiecznym. Przewrót w tej dziedzinie nastąpił dopiero w 1992 r. wraz z intensywną automatyzacją opracowania. Choć początki epoki komputerowej miały też swoją papierową postać. Dość dużo trudu kosztowało wszystkich pracowników przygotowanie jej teoretycznych podstaw. Oczywisty dziś format i kartoteka haseł wzorcowych nie istniały i mało kto, oprócz pań Anny Paluszkiewicz  i  Marii Lenartowicz,  cokolwiek o nich wiedział. Te braki nadrabiano między innymi w Biurze Katalogowym, pracując nad polskimi zasadami tworzenia kartotek, normami i formatami. We współpracę zaangażowane były też osoby katalogujące z Bibliotek: Jagiellońskiej, AGH,  uniwersyteckich w Gdańsku, Toruniu, Wrocławiu i Lublinie. Robocze narady, sama dziś nie wiem jak, odbywały się w naszych skromnych dwóch pokojach. Pierwszym efektem była papierowa wersja kartoteki haseł wzorcowych. Pracownicy Oddziału przy okazji bieżącego opracowania tworzyli papierowe karty z danymi dotyczącymi autora publikacji.  Wszystko w specjalnych tekturowych pudełkach stało na szafach z inwentarzami. Wzorowaliśmy się trochę na francuskich przepisach katalogowania, a trochę na dostępnej w postaci mikrofisz kartotece Biblioteki Kongresu. Cały papierowy „zaczątek" CKHW (Centralnej Kartoteki Haseł Wzorcowych) został w sierpniu 1993 r. wprowadzony do komputerowego systemu VTLS podczas wspólnych warsztatów w Sopocie.

Komputeryzacja spowodowała też zmiany w naszych pokojach. Po raz kolejny okazało się, że nasz stary BUW zniesie niemal wszystko. Udało się w nim zbudować sieć i zainstalować całą technikę potrzebną do wkroczenia w świat innych technologii. W małym pokoju, niegdyś siedzibie kierownictwa, zmieściło się 7 nowych biurek z komputerami, a także przez jakiś czas serwer i drukarka, ale to jest już początek innej opowieści.

 

 

* * *

 

Biuro Katalogowe to też osobowości. Największą była pani Wanda Sokołowska - wieloletni kierownik, osoba niezwykle prawa, oddana Bibliotece, były żołnierz AK i więzień polityczny okresu stalinowskiego. Aresztowana w 1951 r. za ukrywanie działacza politycznego Henryka Józewskiego, do BUW wróciła w 1957 r. W Oddziale krążyły legendy o dyscyplinie i wymaganiach, jakie narzucała pracownikom. Do „sportów ekstremalnych", uprawianych przez pracowników, należała wyprawa na kawę do Klubu pracownika UW, w kapciach i bez okrycia zewnętrznego (nawet zimą). Pani Wanda cieszyła się jednak niezwykłym autorytetem wśród pracowników, miała opinię surowej, ale sprawiedliwej. Była osobą, której prace nad hasłem korporatywnym i jego zastosowaniem w katalogowaniu miały w Polsce pionierski charakter. Jeszcze po wielu latach, przy rozwiązywaniu problemów z opisem bibliograficznym, padało zdanie „a pani Sokołowska to by zrobiła to w taki sposób". W moich wspomnieniach pozostała jako bardzo miła starsza pani, która corocznie na 11 listopada przynosiła nam pączki od Bliklego, żebyśmy nie zapominały o święcie Odzyskania Niepodległości. W czasach PRL był to normalny dzień pracy, a świętowanie go mogło skutkować  nieprzyjemnościami. Po jej odejściu na emeryturę nikt nigdy nie zajął biurka, przy którym siedziała. Dziś stoi ono niepozornie na pierwszym piętrze w sąsiedztwie inwentarzy i kartotek[16].

Moim nauczycielem i kierownikiem była pani Barbara Litwiniukowa, osoba, której zawdzięczam „zasmakowanie" w katalogowaniu. Za jej czasów Biuro przypominało nieco pensję dla panien, choć czasem jakiś pan też się trafił. Szalenie ciekawe były wspomnienia z początków jej pracy w Bibliotece, to dawało poczucie więzi i ciągłości oraz dotknięcia XIX-wiecznej buwowskiej tradycji. Pani Basia była bardzo wymagająca, ale nie restrykcyjna, raczej pouczająca. Pochodziła ze Lwowa, miała za sobą doświadczenia wojenne z zesłania do Kazachstanu. Za jej czasów 6 stycznia bawiliśmy się, zgodnie z kresową tradycją, w wybór migdałowego króla, a 6 grudnia odwiedzał nas święty Mikołaj. Odeszła na emeryturę, gdy w BUW zostały wdrożone oparte na międzynarodowym ISBD[17] przepisy katalogowania pani Marii Lenartowicz[18]. Pozostała do dziś wiernym, życzliwym „kibicem" zainteresowanym sprawami Biblioteki Uniwersyteckiej i naszymi dalszymi losami.

Ważną postacią Biura Katalogowego była też, zmarła niedawno, pani Władysława Kostrzewa. Całej jej życie zawodowe związane było z BUW. Zaczynała na stanowisku magazyniera, kończyła jako bibliotekarz dyplomowany, kierownik oddziału, a potem ekspert rozstrzygający problemy związane z katalogowaniem w systemie zautomatyzowanym. Była zawsze cicha i skromna, ale mrówczo pracowita i życzliwa naszym poczynaniom. Nawet urlopy gotowa była spędzać w Bibliotece, brała je na godziny dzieląc między korektę książek a ukochaną działkę. Generalnie im krótszy miała urzędowy czas pracy, tym dłużej była w Bibliotece. Musiała zrezygnować, gdy nawracająca choroba oczu zagroziła jej całkowitą utratą wzroku.

Niezwykłą postacią BUW i Oddziału Katalogów była też pani Maria Kicińska[19]. Przepracowała w Bibliotece w sumie 63 lata. Jej wiedza o katalogach, inwentarzach, rejestrach, rozmaitych napisach i znaczkach imponowała nam wszystkim. Zawsze powoli z namysłem potrafiła uporządkować błędy popełnione przez naszych poprzedników i rozwiązywać różne kłopotliwe zagadki bibliotekarskie.

            Jej następczynią na stanowisku Kierownika Oddziału Katalogów została pani Magdalena Freyd. Wychowana we Francji, miała w sobie coś z dostojeństwa i elegancji z tamtego kręgu kulturowego (np. latem zawsze w słomkowym kapeluszu i koronkowych rękawiczkach). Była perfekcjonistką i z niezwykłą łatwością wyłapywała nasze rozmaite potknięcia. Budziła w nas zawsze respekt i zawstydzenie, gdy dyskretnym szeptem pokazywała nasze ewidentne pomyłki. W Bibliotece panował zawsze taki zwyczaj, że wszystkie błędy poprawiał winowajca. Było to kształcące i bardzo kłopotliwe, gdyż trzeba było wyciągać wszystkie karty umieszczone w  różnych katalogach biblioteki. Pani Madzia zmarła po ciężkiej chorobie w 1981 roku.

            Ostatnim kierownikiem Oddziału Katalogów była pani Małgorzata Janiszewska. Małgosia zawsze w biegu, z poczuciem humoru, świetnie koordynująca rozmaite wzajemnie zależne procesy w Bibliotece. Krzyczała na nas, pouczała, ale ponieważ robiła to dowcipnie z pełną kompetencją,  uczciwością i zaangażowaniem, cieszyła się naszym dużym uznaniem. Ona była tą osobą, która jako pierwsza, na podstawie kart z katalogu publicznego wybierała książki do postawienia w wolnym dostępie przyszłego gmachu BUW. Po likwidacji Oddziału, pracowała na samodzielnym stanowisku w Oddziale Opracowania Zbiorów. Zajmowała się katalogami, melioracjami, potrafiła każdy kawałek defektu połączyć z właściwym dziełem. Przed ostatecznym odejściem na emeryturę współpracowała z osobą odpowiedzialną za sprawy skontrum. Przez cały okres pracy i po nim zawsze była osobą poświęcającą się dla innych, aktywnym społecznikiem. Dziś, gdy nas odwiedza, jest zawsze w biegu pomiędzy istotnymi sprawami różnych osób.

 

grudzień 2010 r.

* * *

 

Pamięć ludzka jest ułomna, moja też, proszę więc o uwagi, uzupełnienia i ewentualne sprostowania.


[1]

M.Michalski, Poczęty w Bibliotece, http://www.buw.uw.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=978&Itemid=208

[2]

Oddział Gromadzenia i Uzupełniania Zbiorów

[3]

Oddział Gromadzenia i Uzupełniania Zbiorów dzielił się na sekcje związane ze sposobem pozyskiwania książek, czyli proweniencją: egzemplarz obowiązkowy, dary krajowe i zagraniczne, wymiana krajowa i zagraniczna, kupno krajowe i zagraniczne.

[4]

Continuandami nazywano wydawnictwa ukazujące się przez dłuższy  czas w postaci zeszytów oprawianych po skompletowaniu.

[5]

Aktualizacje to wydawnictwa o charakterze skoroszytowym, których kolejne zaktualizowane wersje powstają w wyniku wymiany pojedynczych kartek. Nowe, wraz z instrukcją sposobu działania, przysyłane są przez wydawnictwa  czasem nawet przez kilka lat.

[6]

J. Grycz, W. Borkowska, Skrócone przepisy katalogowania alfabetycznego, Wyd. 6, Warszawa, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, 1975.

[7]

Nazwa kleju,  najtrwalszego ze wszystkich dostępnych w latach PRL

[8]

A.Wat, Mój wiek : pamiętnik mówiony, t. 1-2, Londyn, Polonia Book Found, 1977.

[9]

M. Dubanowiczowa, Na mongolskich bezdrożach : wspomnienia z zesłania 1940-1942, Londyn, Polska Fundacja Kulturalna, 1980.

[10]

Młodzi pracownicy często też byli wysyłani  po ciastka do Cukierni Romana Pomianowskiego, znajdującej się w podwórzu kamienicy przy ul. Krakowskie Przedmieście 8.

[11]

Biblioteka ufundowana w 1728 roku przez Melchiora Duciusa von Wallenberg przy Kościele Łaski  Bożej. Zgromadziła 5000 tomów, w tym 40 średniowiecznych rękopisów, 600 oryginalnych listów reformatorów Kościoła (w tym Lutra), 26 listów króla Fryderyka II (http://www.kamiennagora.pl).  Po wojnie zbiory w ramach zabezpieczenia przed rabunkiem i zniszczeniem trafiły m.in. do BUW.

[12]

W Biurze katalogowały: Elżbieta Barczewska, Ewa Brzostowska, Hanna Derlacka, Katarzyna Dombek, Małgorzata Janiszewska, Joanna Jaroszewska, Halina Justynowicz, Barbara Kuran-Gołdys, Jadwiga Lizurek, Beata Michałowska, Maria (Myszka) Radzimińska, Elżbieta Sterzycka, Małgorzata Wojciechowska. Inwentaryzowały: Irena Drzewiecka, Krystyna Prałat, Krystyna Rutkowska. Melioracjami zajmowały się Hanna Jarosz i Małgorzata Smakowska. Opracowanie techniczne to Sabina Jaroszewska, wspomagana przez Jadwigę Janowską.

[13]

Oprócz nich w Oddziale Katalogów, w różnych latach  pracowali: Magdalena Freyd, Alina Gromadkowa, Małgorzata Janiszewska, Jadwiga Janowska, Maria Kicińska, Mieczysław Książczak, Barbara Kukawska, Ewa Ługowska, Teresa Rządca, Teresa Wodzicka-Dubiel.

 

[14]

W. Malinowski, Utwory zebrane, Warszawa, 1970-1980.

[15]

Kartoteka książek zagubionych jest tworzona z kart wycofanych z katalogu głównego. Przesygnowanie czyli zmiana sygnatury odnotowywane było w inwentarzu i na małych kartkach w specjalnej kartotece.

[16]

Biogram pani Wandy Sokołowskiej autorstwa Barbary Litwiniukowej znajduje się w Polskim Słowniku Biograficznym, t. 40 s. 101-102. Jako „Dusia Parysówna" - od jej panieńskiego nazwiska - pojawia się na kartach Dzienników Marii Dąbrowskiej (Warszawa, Czytelnik, 1996).

 

[17]

International Standard Book Description - międzynarodowa norma ustanowiona przez IFLA, wprowadziła rozwiązania ujednolicające sposób katalogowania książek, np. podział na strefy opisu i znaki umowne.

 

[18]

M. Lenartowicz, Przepisy katalogowania książek. Cz. 1, Opis bibliograficzny, Warszawa, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, 1983.

 

[19]

J. Ćwiekowa, Maria Kicińska (1903-1998), „Przegląd Biblioteczny", 1998 z. 4 s. 383-385.



Komentarze użytkowników (1)
Wystawiony przez hm, z 13-12-2010 16:22, , Gość
1. Bibliotekarze - do piór
Ewo, wszyscy wiemy, że jesteś doskonałą "katalogerką", ale że potrafisz tak świetnie pisać odkrywam z prawdziwą rozkoszą!. A jaka pamięć!. Gratulacje. Świetny doping dla kolegów - spisujmy, póki pamiętamy !
 

Dodaj komentarz!



mXcomment 1.0.7 © 2007-2017 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
 
 
     
 
   
 
 
Obsługa "cookies" (ciasteczek) w serwisach UW
© 2017 Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie